Counter

"Roar" - Cora Carmack




Data wydania: 14.02.2018
Tytuł oryginału: Roar
Tłumacz: Donata Olejnik
ISBN: 978-83-271-5732-4
Wymiary: 135 x 205 mm
Strony: 376
 Cena: 37,00 zł
Seria: Łowcy burz #1








Gdy zobaczyłam zapowiedź książki Roar i nazwisko Cora Carmack, to byłam przekonana, że ta autorka gdzieś już mi mignęła przed oczami. Jednak zanim sobie uświadomiłam, gdzie i kiedy miało to miejsce, jej najnowsza powieść już znalazła się na mojej półce. I wtedy postanowiłam powrócić do rozwiązywania tajemnicy i uświadomiłam sobie, że to autorka znana przede wszystkim z romansów, za którymi nie przepadam. Nie miałam z nimi do czynienia, ale w mojej głowie już zdążyło się zasiać ziarnko niepewności – czy to oznacza, że w powieści fantastycznej otrzymam po raz kolejny jakiś ckliwy romans? Wiecie, pewnych naleciałości ciężko jest się wyzbyć…

Moje obawy zostały częściowo rozwiane. Faktycznie mamy w tej książce do czynienia z romansem, w moim odczuciu zupełnie zbędnym, ale doskonale wiemy, że autorzy często kierują fabułą w taki sposób, aby jednak tego typu relacje prędzej czy później się pojawiły. To taki chwyt marketingowy, burzliwe romanse zawsze są chwytliwe. Nieuniknione. Wydaje mi się jednak, że w przypadku historii Aurory nie był on aż tak potrzebny – przynajmniej na tę chwilę. Autorka mogła postawić na rozwój głównej bohaterki, bowiem z samego początku ta dziewczyna naprawdę przypadła mi do gustu. Rora pochodzi z potężnego królewskiego rodu Stormlingów. Od dziecka była traktowana jak następczyni tronu, jednak los spłatał jej i jej matce figla – dziewczyna nie włada żadną magią, która jest wymagana do tego, aby zapewnić bezpieczeństwo swoim poddanym. Całymi latami dziewczyna musiała to ukrywać przed innymi, całkowicie odcięła się od ludzi, ale ostatecznym krokiem ukrycia niewygodnej prawdy jest poślubienie potężnego księcia z innego królestwa… Księcia przebiegłego i chytrego, który ma swoje własne cele do zrealizowania.

Rora to dziewczyna, która doskonale zdaje sobie sprawę z powagi zaistniałej sytuacji. Wie, że musi poślubić Cassiusa (co z kolei nie jest aż taką tragedią, koleś jest nieziemsko przystojny, pewny siebie i inteligentny, to taki typowy czarny charakter, który potrafi skraść dziewczynie serce), aby ocalić siebie i swoje królestwo. Choć nie włada magią, to nie jest bezbronną istotą. Jest świetnie wyszkolona w walce, doskonale rzuca nożami, jest sprytna i inteligentna, ma sporą wiedzę potrzebną do przetrwania w terenie. Ale wiecie co jest najgorsze? Te wszystkie cechy kazałyby nam sądzić, że jest naprawdę znakomitą postacią, niestety momentami jej zachowania są niezwykle żałosne – rodem z tych wszystkich ckliwych romansów, gdzie bohaterka zaczyna przeżywać, że chłopak spojrzał na nią tak, a nie inaczej, że co jeśli tylko ją oszukuje, a co jeśli kłamie… To było nie do zniesienia.

Bardzo spodobał mi się świat stworzony przez Corę Carmack w tej powieści, choć ciągle nie mogę się oprzeć wrażeniu, że do złudzenia przypomina on Ravkę stworzoną przez Leigh Bardugo w trylogii Grisha. Nawet sama nazwa – Stormlingowie – przypomina mi mojego ukochanego Darklinga. Kim jednak są Stormlingowie? To osoby obdarzone magią, które potrafią wykraść serce burzy. Autorka zaprezentowała burze (ogniste, piaszczyste, śnieżne, te normalne, znane nam najbardziej) czy też tornada jako niemal żywe istoty, nad którymi można posiąść władzę dzięki wyrwaniu im serca, które przyjmuje formę kryształu. Nawet dla Stormlinga igranie z burzami jest niebezpieczne, a co dopiero dla człowieka, który magii nie posiada… Ale okazuje się, że w księstwie Aurory, Pavanie, istnieje czarny rynek, na którym handluje się magią burzy… I są ludzie, którzy nie urodzili się Stormlingami, ale posiadają ich umiejętności. I właśnie to odkrycie całkowicie zmienia życie Rory. Dziewczyna postanawia zawalczyć o samą siebie, porzucając narzeczonego i całe królestwo. Przyjmuje imię Roar (ciekawe jak długo myślała nad aż tak istotną zmianą) i wraz z grupą ludzi uczących się władzy nad burzami wyrusza w podróż.

Sama kreacja świata jest jak najbardziej w porządku, z łatwością mogłam sobie wyobrazić wszystkie miejsca, w których rozgrywała się akcja, nie miałam też problemu ze zrozumieniem motywu Stormlingów. Naprawdę, to bardzo przypomina Grishę. Jednak w pewnym momencie pojawił się problem z samą fabułą… Pierwsze rozdziały były naprawdę dobre, mocne. Podobały mi się. Była akcja, było napięcie, można było wyczuć intrygę. A potem? A potem to wszystko przepadło. Tempo akcji spadło i mimo że stale niby coś się dzieje, to nie ma w tym już takiej mocy, na jaką się zapowiadało. Jednak gdy myślę nad tym na spokojnie, to widzę w tej książce po prostu czyste wprowadzenie do całej serii. Początek tego, co będzie się działo. I być może tak, jak miało to miejsce w przypadku Grishy, pierwszy tom będzie średni, a kolejne rozwalą mi system. Oby.

Muszę jednak przyznać, że w ogólnym rozrachunku książka mi się podobała. Czytałam ją z przyjemnością i choć momentami czułam się zirytowana rozwojem fabuły i zachowaniem bohaterów, to jednak czerpałam z tej lektury pewną przyjemność. Może to kwestia tego podobieństwa do Grishy? Rora przypomina Alinę, Locke przypomina Mala, a Cassius mógłby być uczniem Darklinga, choć… epilog tej powieści daje do myślenia. Pojawia się nowa zagadka, nowa tajemnica, która zapowiada naprawdę interesującą fabułę kolejnego tomu. O ile Cora Carmack gdzieś po drodze nie zbłądzi.


Komentarze

Popularne posty